Archiwum maj, 2008

Filmiki Super Ultras!

środa, maj 28th, 2008

Popatrzmy na papierowe czasopisma, które codziennie dostarczaja wiadomosci. W przyszlosci Video pochlonie je wszystkie. Stacja telewizyjna bedzie skladala na wlasnym serwerze to, co uda sie jej wykupic. Pozycja bedzie dodawana do listy filmów, z której w kazdym miejscu bedziemy mogli skorzystac ogladajac to, na co bedziemy mieli ochote.
Z pewnoscia juz wkrótce nastapi komasacja najwiekszych mediów i skupienie ich wokól Internetu. Za pomoca jednego urzadzenia, bedziemy korzystali ze wszystkich uroków multimedialnych i ogromnej bazy filmow. Cyfrowa jakosc filmików, dzwieku, uzupelniane co sekunde informacje z calego swiata, albo z jednej malekiej miejscowosci; wideofony. W praktyce Internet przestanie byc siecia, a stanie sie mostem, laczacym dzisiejsze media.
Obecnie w Stanach Zjednoczonych, jak wynika z raportu firmy ACNielsen, dwóch na trzech obywateli powyzej dwunastego roku zycia posiada dostep do Internetu. Polowa z nich loguje sie do sieci codziennie, a typowa sesja online regularnego uzytkownika trwa co najmniej godzine. Prawie 75 % amerykanskich internautów z reguly serfuje po sieci w domu, a 19 % wykorzystuje do tego celu miejsce pracy. Nikt juz nie ma dzisiaj zludzen, ze nastepne dekady przyniosa znaczna rewolucje socjalna, kiedy dzisiejsi mlodzi surferzy dojrzeja i stana sie w opiniotwórcza grupe w spoleczenstwie.
Jak wiemy internauta jest z natury istota leniwa. Po co mielibysmy wychodzic z domu, jsli wystarczylo by wejsc do wirtualnego sklepu i zamówic najpotrzebniejsze filmy?
Przyszlosc filmikow zalezy takze od ludzi, niektórzy zajmuja sie nim zawodowo. To w ich rozumach musi powstac wizja, w która przemieni sie ta pajeczyna humorowych filmikow.
Najzabawniejsze filmiki w sieci przyszlosc Rozrywki zalezy od kilku czynników. Przede wszystkim od postepu techniki. Chodzi tutaj o usprawnienie dzialania lacz, polepszenie szybkosci transmisji danych. Wazny jest takze interfejs uzytkownika, aby z latwoscia mogli korzystac z niego wszyscy. W przyszlosci Internet bedzie czyms naturalnym, edzie to czesc naszego zycia.

Rasowe Psy Pieski Psiaki

wtorek, maj 27th, 2008

Udowodniono takze, ze na obszarach Idaho, Ohio, w Stanach Zjednoczonych 11 000 lat temu takze zyl odpowiednik czworonoga domowego. Psy ze wzgledu na funkcje jakie pelnia dla opiekuna, zostaly podzielone na rózne typy, badz szeregi zwiazane z uzytkowoscia. Psy mysliwskie, tropowce (Bloodhound), legawce (Pudle, Pointer), plochacze (plochacz niemiecki), posokowce (Posokowiec bawarski), goncze (Gonczy Hamiltona),
Do najstarszych regionów udomowienia psa zaliczyc mozna obszary Europy oraz Azji, gdzie wydobyto kopalne kosci tego wyjatkowego zwierzecia, czyli rejony Danii, Niemiec, Skandynawii i Irlandii, a takze przypadki z terytorium Izraela, Iraku, Japonii, czy Turcji.
norowce (Jamniki), czworonogi aportuj¹ce (Curly Coated Retriever), psy ratownicze (Nowofundland), psy pasterskie (Anatolian), psy zaganiajace (Bouvier des Flandres), psy strózujace (Mastify tybetanskie), psy strózujaco - obronne (Doberman), czworonogi sluzbowe wykorzystywane na potrzeby wojska (Czarny terier), policji
(Owczarek niemiecki), psy zaprzegowe (Siberian Husky), czworonogi turniejowe (Greyhound), psy reprezentacyjne (Pudel miniaturowy), psy hodowane w celach konsumpcyjnych :-) (Pies meksykanski), psy obszarów wiejskich (Hovawart).

Wszystko o Szkle

wtorek, maj 27th, 2008

Twierdzenie ze szklo jest ciecza lub przechlodzona ciecza jest nieprawdziwe. Ze wzgledu na wlasciwosci reologiczne jest to cialo stale. Ponadto okreslenie ciecz przechlodzona jest oznaczone i ono tylko tyle ze dana substancja ponizej temperatury krystalizacji miesci sie w stanie cieklym ze wszystkimi tego konsekwencjami tj. nadal jest plynna jej molekuly moga sie miedzy soba rykoszetowac innymi slowy jej lepkosc jest nadal mala.
Surowcem do produkcji tradycyjnego szkla jest piasek kwarcowy oraz dodatki, najczesciej: weglan sodu i weglan wapnia, topniki: tlenki boru i olowiu oraz pigmenty, którymi sa zazwyczaj tlenki metali przejsciowych (kadm, mangan i inne). Surowce sa mieszane, topione w piecu (tzw. wannie szklarskiej) w temperaturze 1200-1300°C(dzieki dodaniu weglanu sodu), po czym definiowane w formy przed pelnym skrzepnieciem.
Dla szkla tak popularnego z krzemionka jak zeszklonych metali mamy do czynienia z substancja która poza wszelka watpliwoscia jest w stanie skupionym. Znane jest wiele produktow krystalicznych które wiruja o wiele bardziej efektywnie niz szkla i nie odbiera im sie miana cial stalych.

Zwykle szklo, jak obsydian, wykorzystywano jako bron w Europie. Produkcja szkla znana byla juz ponad piec tysiecy lat temu. W I w. p.n.e. znano przepis wytwarzania rzeczy przez wydmuchiwanie, w XIX w. wynaleziono sposob odlewania.

Super HITY!

poniedziałek, maj 26th, 2008

Muzyka jako Elementarna podstawa jego koncepcji jest rozwijanie zdolnosci do improwizacji zarówno wokalnej jak i instrumentalnej, tworzonej indywidualnie. Tak tworzona muzyka, wyplywajaca niejednokrotnie spontanicznie z mowy lub dzwieku, dostarcza spontanicznosci, a takze korzystnie wplywa na wyobraznia ogólna i muzyczna oraz na zdolnosci pamieciowe.
Uwrazliwiac dzieci na muzyke, aby przez nia ksztaltowac ich osobowosc, dlatego w jego pracach idee piosenek przeplataja sie z wychowaniem ogólnym. Slowa piosenek (podstawowy element ksztalcenia muzycznego w tym ujeciu) w korelacji z solfezem i improwizacja stanowia wszechstronna i luzna metode poznawczadydaktyczna|edukacyjna}.
Wychowawcze znaczenie Piosenek podkreslone bylo przez wszystkich wielkich profesjonalistow muzyki. E. Jaques-Dalcroze dostrzegal w szerokich kontaktach z tekstaki muzycznymi szansa na ewolucje pelnego czlowieczenstwa, na rozbudzenie róznorodnych predyspozycji i uczuc.
Prowadzone ta metoda lekcje spotykaja sie z duzym uznaniem wrecz z marketingiem szeptanym, sa doskonala zabawa, a przy tym nauka. Budza twórcza energie i zaciesniaja wiezy grupowe. Spostrzezenia te potwierdzila niejednokrotnie praktyka i badania prowadzone na wielu spolecznosciach, w szkolach podstawowych i srednich, masowych i specjalnych. Metoda ta znana jest w wielu krajach Europy, a jej centrum i równoczesnie kolebka czyli Instytut Orffa w Salzburgu prowadzi zakrojona na szeroka skale dzialalnosc dydaktyczna, edukacyjna i pro­pagatorska.

Cwiczenia rytmiczno-muzyczne ksztalca motoryka i lokomocja, wyrabiaja refleks, poddaja cialo woli. Dzieki nim rosnie wiara we wlasne sily, zmniejsza sie nerwowosc i niesmialosc. Muzyka wplywa tez na rozwój funkcji intelektualnych i poznawczych, generuje koncentracje i podzielnosc uwagi, rozwija bystrosc, pomaga w ksztaltowaniu sie takich operacji myslowych jak analiza, porównywanie, optymalizuje pamiec, sprzyja rozwojowi wyobrazni i tendencjom twórczym w mysleniu.

Dlaczego nie chcę mieć dzieci?

poniedziałek, maj 26th, 2008

Ludzie nie decydują się na potomstwo wydawałoby się z czysto egoistycznych pobudek. Nie po to uczymy się, pracujemy i inwestujemy w siebie, żeby potem ograniczać się do gotowania zupek i prania pieluch. Jednak przyczyna leży gdzie indziej. To tradycyjny model polskiej rodziny, wyniesiony z domu i wpajany nam od dzieciństwa, jest najskuteczniejszym środkiem antykoncepcyjnym.

Pytasz o mój bilans dwunastolecia pożycia małżeńskiego? Proszę bardzo: mieszkanie w apartamentowcu, metrów sto, i drugie na wynajem, metrów 64. Samochód szwedzki, czteroletni, dwustukonny i jeszcze jeden - małżonki - japoński, czerwony. Kredyt dwustutysięczny. Ze 300 płyt, drugie tyle w ślicznym, aluminiowym komputerze. Objechany świat, trochę akcji, uprawnienia szybowcowe. Dochód roczny ponad sto tysięcy (doliczając małżonkę: sto pięćdziesiąt tysięcy).

Dzieci: zero. Dlaczego? Bo nie chcę.

Nie, nie mów mi, że jestem jakimś cholernym DINK-sem. Double Income, No Kids. Dużo kasy na przyjemności, mało ochoty na odpowiedzialność. Nie opędzisz mnie taką wyświechtaną formułką. Jak chcesz mnie opisać, stwórz nową. Może TRAMP? Tradycyjna Rodzina Arcypolska - Mały Przyrost? Albo jeszcze lepiej - TRUPCIK. Tradycyjna Rodzina Uginająca się Pod Ciężarem Idiotycznych Korzeni. Wiem, brzmi mało logicznie, ale o to właśnie z moją bezdzietnością chodzi.

Święta trójca rodzinna

Kiedy brałem ślub, nie miałem nic. No, może nie do końca nic. Miałem moje wychowanie w tradycyjnej, katolickiej rodzinie epoki PRL-u. Cudowna mieszanka!

Mama: co z tego, że podrzucała mnie babci albo prowadziła do przedszkola, skoro i tak z mojego powodu wpadła w kołowrót: praca-gotowanie-zmywanie-pranie-sprzątanie-podcieranie (lub inne formy obsługi mnie i ojca) na kilkanaście lat. Niedokończone studia, udawanie rodzinnego szczęścia, a pod spodem narastająca frustracja i lęk przed światem, którym zaraża mnie w dawkach nieprzeciętnych.

Tato: nieobecny. Zarabia na chlebek od rana do nocy, a często i po nocach. Mama mnie kocha i nie karze. Za to straszy ojcem, kiedy jestem niegrzeczny albo zbyt samodzielny. Ojciec staje się prawdziwym Bogiem-Ojcem - odległym, osądzającym, karzącym, ale przecież kochanym. Za to że jest, choć go nie ma.

Tato też jest sfrustrowany, choć nie wie dlaczego. Dziś bym mu powiedział, że pewnie z samotności i z tego, że nawet do głowy mu nie przyszło, by się zastanowić, czego tak naprawdę chce. Bo przecież jest ojcem rodziny, a ojciec rodziny pracuje i zarabia, a nie zajmuje się takimi zbytkami jak budowanie bliskich relacji z własnym dzieckiem. To niemęskie.

Zamiast tego, kiedy frustracja narastała, tata bił mamę albo mnie. Bez wyrzutów sumienia. Bo to też mieściło się przecież w rodzinnej tradycji. Ojciec ma władzę i musi ją czasem jakoś potwierdzić. Na mojej albo maminej skórze.

Pamiętam, że najbardziej mi się dostało, kiedy ojciec odkrył, że zamiast iść na mszę, krążę wokół kościoła. W ogóle wiara to był przymus: paciorek rano i wieczorem, kościółek co niedziela. Tak jak odkurzanie dywanu - precyzyjnie, raz przy razie. Żadnej rozmowy o sensie wiary. Żadnej rozmowy o seksie, patriotyzmie, prawości, przyzwoitości. Nic z tych rzeczy.

Tak mnie wychowywał, a raczej tresował mój ojciec. Ale jak było ciężko, zawsze mogłem uciec do mamy, w jej bezgraniczną, bezkrytyczną miłość.

Ojciec to był straszny świat.

Mama to było ciepłe schronienie.

A ja pośrodku - skołowany.

Nie, nie skarżę się. W gruncie rzeczy bardzo współczuję moim starym. Nawet nie jeździli na wakacje - co najwyżej na parę dni do wuja nad morze. Swoje najlepsze lata spędzili na czekaniu: na szynkę w kolejce, na meblościankę, na mieszkanie, do którego będzie można ją wstawić, na wolność. No i na to, że ja dorosnę i im tę całą klęskę jakoś zrekompensuję.

Robiłem co mogłem: byłem dobrym dzieckiem, ministrantem, pilnym uczniem, wzorowym studentem, szybko się ożeniłem, żeby nie czuli dyskomfortu, że mieszkam z dziewuchami bez ślubu, zrobiłem karierę. I jeszcze tylko jednego chcą ode mnie: powielenia. Bo nie chodzi tylko o to, żebym dał im potomka, ale o to, żebym sam własnym życiem, podobnym - tylko lepszym, potwierdził, że ich los miał jakiś cel. Że nie był konsekwencją zderzeń z przypadkiem i historią, ale etapem w budowie idealnej polskiej rodziny. Ja im mam ją zbudować. Z moją żoną, moimi dzieciątkami stworzyć im cudowne, tradycyjne i katolickie ognisko domowe, przy którym oni na starość będą mogli ogrzać swoje frustracje.

Tylko, że ja nie chcę takiej powtórki.

Brukselka zamiast mózgu

Wyobraźmy sobie, że jest tak, jak oni chcą.

Moja żona i ciąża. Jest już po studiach, ale musi zrezygnować z pracy i żyje w lęku, że ją do roboty z powrotem nie przyjmą. A jak przyjmą, to już na pewno dadzą do zrozumienia, żeby sobie dała spokój, bo awans, podwyżki, rozwój są tylko dla bezdzietnych. Dziecko rozwija się więc w tym kręgu maminych frustracji. I z nieobecnym ojcem, który zapieprza niczym mały samochodzik tak, jak mu jego tatuś pokazał. Ale tak naprawdę to ucieka. Przed dzieckiem, które jest mu obce i które oskarża o to, że zatrzasnęło mu drzwi do świata kuszącego milionem możliwości i szans. A także przed sfrustrowaną żoną, której mózg wyparty został przez pulpę z brukselki.

Tak, dziecko to alien, obcy, ktoś kto należy do matki, ale pożera moje siły. Odcina od miłości żony i satysfakcji, jaką może dać mi świat. Ja wiem, że to nieprawda - że dziecko więcej daje niż zabiera, że wychowanie może być przygodą bardziej fascynującą niż latanie na szybowcu. Że być może udałoby mi się nie spieprzyć tej szansy, jaką jest bliska, ale wolna od lęku i przemocy więź z synem albo córką. Tylko co z tego, że ja wiem, skoro w głowie siedzi coś, co ostrzega: nie uda ci się żyć inaczej. Jesteś skazany na powtórzenie. Będziesz żył jak tatuś, mamusia i Pan Bóg przykazali (a teraz doszli do tego jeszcze Wójkowska, Piłka, Giertych, Orzechowski i inne potwory).

Całe szczęście, że jest dookoła mnie kilka fajnych rodzin. Nie, żadne tam idealne związki. Ale to, co potrafią najlepiej, to rozwiązywać problemy. Razem. I się wspierać. Katolickie, niekatolickie - bez znaczenia. Na pewno jednak nie są to rodziny spod znaku TRUPCIK-a. Od nich uczę się od nowa, co to znaczy rodzina. Co to znaczy być ojcem. Co to znaczy odpowiedzialnie kochać swoje dziecko. Jak oduczyć się bycia obsługiwanym i dzielić się obowiązkami. Jak wspierać partnerkę w jej własnym rozwoju i co to znaczy prawdziwe partnerstwo. Może niedługo się nauczę.

Pytasz, czy ktoś może mi pomóc, żebym przyspieszył z tymi lekcjami, bo czas ucieka, a my z żoną już dawno po trzydziestce. Że może państwo? Polityka prorodzinna?

Wiesz, co bym im najchętniej odpowiedział? Walcie się, dziecioroby!

Wsadźcie sobie gdzieś wasze becikowe, dodatki na dzieci, ulgi i co tam chcecie.

Ja chcę mieć czas, żeby być z moim dzieckiem - państwo i moja korporacja muszą mi to gwarantować. Urlop tacierzyński? Super.

Chcę, żeby moja żona nie musiała się bać, że kobieta w ciąży albo matka z dzieckiem jest pierwszą do zwolnienia, ale ostatnią do podwyżki.

Żeby odpieprzono się od tego, jak żyjemy - bo my chcemy szansy na partnerstwo, a nie dobrych rad upierdliwych politycznych wujków i cioteczek, którzy będą nam wciskać, że matka roztkliwiona nad kupką niemowlaka jest ikoną szczęścia.

Tak, chcę przyzwolenia na to, że nie muszę dać się zabić dla pracy i rodziny, żeby czuć się prawdziwym mężczyzną i prawdziwym polskim patriotą.

Nic więcej od nich nie potrzebuję. Ale wiesz, czego nauczyłem się od moich rodziców i od tego kraju? Że nigdy nie dostaje się tego, czego na prawdę potrzebujesz.

Dlaczego nie chcę mieć dzieci?

poniedziałek, maj 26th, 2008

Ludzie nie decydują się na potomstwo wydawałoby się z czysto egoistycznych pobudek. Nie po to uczymy się, pracujemy i inwestujemy w siebie, żeby potem ograniczać się do gotowania zupek i prania pieluch. Jednak przyczyna leży gdzie indziej. To tradycyjny model polskiej rodziny, wyniesiony z domu i wpajany nam od dzieciństwa, jest najskuteczniejszym środkiem antykoncepcyjnym.

Pytasz o mój bilans dwunastolecia pożycia małżeńskiego? Proszę bardzo: mieszkanie w apartamentowcu, metrów sto, i drugie na wynajem, metrów 64. Samochód szwedzki, czteroletni, dwustukonny i jeszcze jeden - małżonki - japoński, czerwony. Kredyt dwustutysięczny. Ze 300 płyt, drugie tyle w ślicznym, aluminiowym komputerze. Objechany świat, trochę akcji, uprawnienia szybowcowe. Dochód roczny ponad sto tysięcy (doliczając małżonkę: sto pięćdziesiąt tysięcy).

<a href=”http://dziecko.interia.pl/”>Dzieci</a>: zero. Dlaczego? Bo nie chcę.

Nie, nie mów mi, że jestem jakimś cholernym DINK-sem. Double Income, No Kids. Dużo kasy na przyjemności, mało ochoty na odpowiedzialność. Nie opędzisz mnie taką wyświechtaną formułką. Jak chcesz mnie opisać, stwórz nową. Może TRAMP? Tradycyjna Rodzina Arcypolska - Mały Przyrost? Albo jeszcze lepiej - TRUPCIK. Tradycyjna Rodzina Uginająca się Pod Ciężarem Idiotycznych Korzeni. Wiem, brzmi mało logicznie, ale o to właśnie z moją bezdzietnością chodzi.

Święta trójca rodzinna

Kiedy brałem ślub, nie miałem nic. No, może nie do końca nic. Miałem moje <a href=”http://dziecko.interia.pl/”>wychowanie</a> w tradycyjnej, katolickiej rodzinie epoki PRL-u. Cudowna mieszanka!

Mama: co z tego, że podrzucała mnie babci albo prowadziła do przedszkola, skoro i tak z mojego powodu wpadła w kołowrót: praca-gotowanie-zmywanie-pranie-sprzątanie-podcieranie (lub inne formy obsługi mnie i ojca) na kilkanaście lat. Niedokończone studia, udawanie rodzinnego szczęścia, a pod spodem narastająca frustracja i lęk przed światem, którym zaraża mnie w dawkach nieprzeciętnych.

Tato: nieobecny. Zarabia na chlebek od rana do nocy, a często i po nocach. Mama mnie kocha i nie karze. Za to straszy ojcem, kiedy jestem niegrzeczny albo zbyt samodzielny. Ojciec staje się prawdziwym Bogiem-Ojcem - odległym, osądzającym, karzącym, ale przecież kochanym. Za to że jest, choć go nie ma.

Tato też jest sfrustrowany, choć nie wie dlaczego. Dziś bym mu powiedział, że pewnie z samotności i z tego, że nawet do głowy mu nie przyszło, by się zastanowić, czego tak naprawdę chce. Bo przecież jest ojcem rodziny, a ojciec rodziny pracuje i zarabia, a nie zajmuje się takimi zbytkami jak budowanie bliskich relacji z własnym dzieckiem. To niemęskie.

Zamiast tego, kiedy frustracja narastała, tata bił mamę albo mnie. Bez wyrzutów sumienia. Bo to też mieściło się przecież w rodzinnej tradycji. Ojciec ma władzę i musi ją czasem jakoś potwierdzić. Na mojej albo maminej skórze.

Pamiętam, że najbardziej mi się dostało, kiedy ojciec odkrył, że zamiast iść na mszę, krążę wokół kościoła. W ogóle wiara to był przymus: paciorek rano i wieczorem, kościółek co niedziela. Tak jak odkurzanie dywanu - precyzyjnie, raz przy razie. Żadnej rozmowy o sensie wiary. Żadnej rozmowy o seksie, patriotyzmie, prawości, przyzwoitości. Nic z tych rzeczy.

Tak mnie wychowywał, a raczej tresował mój ojciec. Ale jak było ciężko, zawsze mogłem uciec do mamy, w jej bezgraniczną, bezkrytyczną miłość.

Ojciec to był straszny świat.

Mama to było ciepłe schronienie.

A ja pośrodku - skołowany.

Nie, nie skarżę się. W gruncie rzeczy bardzo współczuję moim starym. Nawet nie jeździli na wakacje - co najwyżej na parę dni do wuja nad morze. Swoje najlepsze lata spędzili na czekaniu: na szynkę w kolejce, na meblościankę, na mieszkanie, do którego będzie można ją wstawić, na wolność. No i na to, że ja dorosnę i im tę całą klęskę jakoś zrekompensuję.

Robiłem co mogłem: byłem dobrym dzieckiem, ministrantem, pilnym uczniem, wzorowym studentem, szybko się ożeniłem, żeby nie czuli dyskomfortu, że mieszkam z dziewuchami bez ślubu, zrobiłem karierę. I jeszcze tylko jednego chcą ode mnie: powielenia. Bo nie chodzi tylko o to, żebym dał im potomka, ale o to, żebym sam własnym życiem, podobnym - tylko lepszym, potwierdził, że ich los miał jakiś cel. Że nie był konsekwencją zderzeń z przypadkiem i historią, ale etapem w budowie idealnej polskiej rodziny. Ja im mam ją zbudować. Z moją żoną, moimi dzieciątkami stworzyć im cudowne, tradycyjne i katolickie ognisko domowe, przy którym oni na starość będą mogli ogrzać swoje frustracje.

Tylko, że ja nie chcę takiej powtórki.

Brukselka zamiast mózgu

Wyobraźmy sobie, że jest tak, jak oni chcą.

Moja żona i <a href=”http://dziecko.interia.pl/”>ciąża</a>. Jest już po studiach, ale musi zrezygnować z pracy i żyje w lęku, że ją do roboty z powrotem nie przyjmą. A jak przyjmą, to już na pewno dadzą do zrozumienia, żeby sobie dała spokój, bo awans, podwyżki, rozwój są tylko dla bezdzietnych. Dziecko rozwija się więc w tym kręgu maminych frustracji. I z nieobecnym ojcem, który zapieprza niczym mały samochodzik tak, jak mu jego tatuś pokazał. Ale tak naprawdę to ucieka. Przed dzieckiem, które jest mu obce i które oskarża o to, że zatrzasnęło mu drzwi do świata kuszącego milionem możliwości i szans. A także przed sfrustrowaną żoną, której mózg wyparty został przez pulpę z brukselki.

Tak, dziecko to alien, obcy, ktoś kto należy do matki, ale pożera moje siły. Odcina od miłości żony i satysfakcji, jaką może dać mi świat. Ja wiem, że to nieprawda - że dziecko więcej daje niż zabiera, że wychowanie może być przygodą bardziej fascynującą niż latanie na szybowcu. Że być może udałoby mi się nie spieprzyć tej szansy, jaką jest bliska, ale wolna od lęku i przemocy więź z synem albo córką. Tylko co z tego, że ja wiem, skoro w głowie siedzi coś, co ostrzega: nie uda ci się żyć inaczej. Jesteś skazany na powtórzenie. Będziesz żył jak tatuś, mamusia i Pan Bóg przykazali (a teraz doszli do tego jeszcze Wójkowska, Piłka, Giertych, Orzechowski i inne potwory).

Całe szczęście, że jest dookoła mnie kilka fajnych rodzin. Nie, żadne tam idealne związki. Ale to, co potrafią najlepiej, to rozwiązywać problemy. Razem. I się wspierać. Katolickie, niekatolickie - bez znaczenia. Na pewno jednak nie są to rodziny spod znaku TRUPCIK-a. Od nich uczę się od nowa, co to znaczy rodzina. Co to znaczy być ojcem. Co to znaczy odpowiedzialnie kochać swoje dziecko. Jak oduczyć się bycia obsługiwanym i dzielić się obowiązkami. Jak wspierać partnerkę w jej własnym rozwoju i co to znaczy prawdziwe partnerstwo. Może niedługo się nauczę.

Pytasz, czy ktoś może mi pomóc, żebym przyspieszył z tymi lekcjami, bo czas ucieka, a my z żoną już dawno po trzydziestce. Że może państwo? Polityka prorodzinna?

Wiesz, co bym im najchętniej odpowiedział? Walcie się, dziecioroby!

Wsadźcie sobie gdzieś wasze becikowe, dodatki na dzieci, ulgi i co tam chcecie.

Ja chcę mieć czas, żeby być z moim dzieckiem - państwo i moja korporacja muszą mi to gwarantować. Urlop tacierzyński? Super.

Chcę, żeby moja żona nie musiała się bać, że kobieta w ciąży albo matka z dzieckiem jest pierwszą do zwolnienia, ale ostatnią do podwyżki.

Żeby odpieprzono się od tego, jak żyjemy - bo my chcemy szansy na partnerstwo, a nie dobrych rad upierdliwych politycznych wujków i cioteczek, którzy będą nam wciskać, że matka roztkliwiona nad kupką niemowlaka jest ikoną szczęścia.

Tak, chcę przyzwolenia na to, że nie muszę dać się zabić dla pracy i rodziny, żeby czuć się prawdziwym mężczyzną i prawdziwym polskim patriotą.

Nic więcej od nich nie potrzebuję. Ale wiesz, czego nauczyłem się od moich rodziców i od tego kraju? Że nigdy nie dostaje się tego, czego na prawdę potrzebujesz.